Skala tego rynku jest duża. Z opublikowanej w 2025 r. analizy danych pochodzących z reprezentatywnego badania 5006 dorosłych Polaków w wieku 18–64 lat wynika, że 39,1% respondentów regularnie stosowało suplementy diety w ciągu trzech miesięcy poprzedzających badanie, a kolejne 31,5% sięgało po nie okazjonalnie. Łącznie to 70,6% badanych. Tylko 11,4% osób przyjmujących suplementy deklarowało, że wszystkie zostały zalecone przez lekarza, a 22,7% – że lekarz zalecił część z nich. W przypadku probiotyków konsument spotyka się dodatkowo z językiem, którego na co dzień właściwie nie używa: łacińskimi nazwami bakterii, kodami szczepów oraz liczbami wyrażonymi w miliardach CFU. Zdaniem Viktora Balabanova właśnie tutaj warto zmienić kolejność zadawanych pytań. – Na półce najłatwiej porównać to, co najbardziej rzuca się w oczy: 5, 10 czy 20 mld bakterii. Tyle że w przypadku probiotyków nie wystarczy wiedzieć, ile bakterii zawiera produkt. Najpierw trzeba sprawdzić, jaki gatunek bakterii zawiera, a przede wszystkim – jaki konkretny szczep – mówi Viktor Balabanov, przedstawiciel Narex.
Od tradycji fermentacji do precyzyjnej mikrobiologii
Historia jest znacznie starsza niż współczesny rynek suplementów. Badania naczyń znalezionych na terenie dzisiejszej Polski dostarczyły bezpośrednich chemicznych dowodów przetwarzania mleka na ser już w VI tysiącleciu p.n.e. Fermentowane produkty mleczne rozwijały się później w różnych kulturach niezależnie od siebie. Kefir jest pierwotnie związany z Kaukazem, matzoon z Armenią, a dahi pozostaje tradycyjnym fermentowanym produktem mlecznym subkontynentu indyjskiego. Przez tysiące lat była to jednak przede wszystkim wiedza praktyczna. Kolejną porcję produktu często zaszczepiano częścią poprzedniej, nie wiedząc jeszcze, jakie dokładnie mikroorganizmy odpowiadają za fermentację. Współczesna mikrobiologia pozwala ten proces rozłożyć na czynniki pierwsze. – Korzystanie z fermentowanych produktów nie zaczęło się wraz z pojawieniem się probiotyków w aptece. Ludzie robili to od setek, a właściwie tysięcy lat. Dziś różnica polega na tym, że potrafimy znacznie dokładniej określić, jakie mikroorganizmy biorą udział w tym procesie i z jakim konkretnie szczepem mamy do czynienia – dodaje Viktor Balabanov. To rozróżnienie jest istotne także z innego powodu – produkt fermentowany i probiotyk nie są synonimami. Panel ekspertów ISAPP definiuje żywność fermentowaną jako żywność powstałą w wyniku pożądanego wzrostu mikroorganizmów i enzymatycznych przemian składników. Probiotyk wymaga natomiast konkretnych, żywych mikroorganizmów podawanych w odpowiedniej ilości, dla których wykazano korzyść zdrowotną. Jogurt, kefir czy kiszonka mogą więc zawierać żywe kultury, ale nie każdy fermentowany produkt można z tego powodu nazywać probiotykiem.
Najpierw szczep. Dopiero później miliardy
Na etykiecie probiotyku można znaleźć np. nazwę Lactobacillus acidophilus. Pierwszy człon określa rodzaj, drugi – gatunek. To jednak jeszcze nie koniec identyfikacji. W obrębie tego samego gatunku występują różne szczepy. Można je potraktować jak kolejne, znacznie dokładniejsze oznaczenie mikroorganizmu. Dlatego za nazwą gatunku pojawia się kod złożony z liter i cyfr. I właśnie dlatego nie należy traktować słowa „probiotyk” jako informacji wystarczającej samej w sobie, lecz sprawdzać, jaki konkretnie mikroorganizm znajduje się w preparacie. Nie jest to wyłącznie kwestia technicznego nazewnictwa. Informacje o właściwościach probiotyku wynikające z badań dotyczą określonych mikroorganizmów i dawek. Nie powinno się więc automatycznie przypisywać wyników dotyczących jednego szczepu wszystkim innym szczepom należącym do tego samego gatunku. NIH (Narodowych Instytutów Zdrowia) również podkreśla, że potencjalne korzyści zależą zarówno od konkretnych mikroorganizmów, jak i ich ilości. – W przypadku probiotyków nazwa gatunku to dopiero początek informacji. Jeśli dane naukowe dotyczą konkretnego szczepu stosowanego w określonej dawce, nie powinniśmy automatycznie przenosić tych wyników na inne szczepy tego samego gatunku. Dlatego przy wyborze warto sprawdzić nazwę gatunku, oznaczenie szczepu i ilość mikroorganizmów w zalecanej porcji, a nie kierować się wyłącznie największą liczbą na opakowaniu – uważa Tomasz Kolipiński, dietetyk kliniczny.
10 mld CFU. Dużo, ale czego?
Dopiero w tym miejscu warto przejść do liczby, którą producenci często eksponują na opakowaniu. CFU to skrót od angielskiego colony-forming units – jednostek tworzących kolonie. W praktyce jest to sposób wyrażania liczby żywych mikroorganizmów zdolnych do namnażania się w odpowiednich warunkach. Dlatego na opakowaniach probiotyków możemy zobaczyć np. 1 mld, 10 mld czy nawet kilkadziesiąt mld CFU w porcji. Duża liczba działa na wyobraźnię, ale CFU nie jest rankingiem jakości. NIH wprost zaznacza, że produkt zawierający więcej CFU nie musi zapewniać większych korzyści niż produkt o niższej liczbie. Znaczenie ma jednocześnie to, jaki szczep znajduje się w preparacie oraz w jakiej ilości był badany. Liczba CFU podana na opakowaniu określa minimalną liczbę żywych mikroorganizmów zdolnych do tworzenia kolonii, którą producent gwarantuje do końca okresu przydatności produktu. Uwzględnia więc ewentualny spadek ich liczby podczas przechowywania. I właśnie tutaj dobrze domyka się następująca zasada – najpierw identyfikacja szczepu, później liczba CFU, a następnie sposób stosowania i warunki przechowywania.
Co naprawdę warto sprawdzić na opakowaniu?
Jeżeli więc mamy przed sobą kilka probiotyków, sama informacja „10 mld bakterii” niewiele jeszcze rozstrzyga. Warto sprawdzić:
* rodzaj, gatunek i oznaczenie konkretnego szczepu;
* liczbę CFU w zalecanej porcji dziennej;
* sposób stosowania i zalecaną dzienną porcję produktu;
* warunki przechowywania, bo nie wszystkie szczepy i preparaty mają takie same wymagania.
Nie wszystkie informacje znajdziemy jednak na opakowaniu. Dokumentacji dotyczącej konkretnego szczepu warto szukać w wiarygodnych źródłach i publikacjach naukowych. Nie należy przy tym zakładać, że wyniki badań jednego szczepu odnoszą się również do innych bakterii o podobnej nazwie.
Podsumowanie
Przez tysiące lat człowiek wiedział, że odpowiednio prowadzona fermentacja działa, choć nie potrafił jeszcze zobaczyć jej głównych bohaterów. Dzisiaj potrafimy ich nazwać niemal „po imieniu”. I właśnie tę zmianę warto wykorzystać w edukacji o probiotykach – zamiast pytać wyłącznie „ile bakterii?”, zacząć od pytania „jaki szczep?”.

KOMENTARZE