Rozbieżność cen na półkach z preparatami suplementacyjnymi jest duża. W teorii podobny produkt, który w jednym miejscu, na ogół aptece, kosztuje kilkadziesiąt złotych, w innym może kosztować 100–150 zł. Czy za wyższą ceną stoi realna przewaga technologiczna, biodostępność i rygor laboratoryjny, czy wyłącznie marża marketingowa i estetyczny design? – Wyższa cena bywa w pełni uzasadniona, gdy płacimy za organiczne formy o udokumentowanej biodostępności, standaryzację ekstraktów na konkretne substancje czynne oraz serię badań w akredytowanych laboratoriach zewnętrznych, jednak rynek zna też drugą skrajność – surowiec w taniej formie chemicznej, zamknięty w estetycznym, ciemnym szkle, gdzie 70% ceny to marża i budżet na influencer marketing. Sztuka polega na tym, by konsument potrafił odróżnić koszt technologiczny od kosztu wizerunkowego – mówi inż. Dorota Żaguń, specjalista kontroli jakości w zakładach farmaceutycznych i ekspert Eco Friendly.
Anatomia surowca i rygor laboratoryjny. Co naprawdę decyduje o cenie?
Gdy weźmiemy do ręki dwa z pozoru identyczne suplementy, powiedzmy magnez z witaminą B6 za 15 zł z marketu oraz odpowiednik za 90 zł z marki premium, na froncie opakowania przeczytamy niemal to samo. Magia i różnica w cenie surowca zaczyna się jednak w ułamku sekundy, gdy obrócimy pudełko i zerkniemy w mały druk tabeli składników. – Konsument widzi na froncie opakowania napis: „ekstrakt z zielonej herbaty” i zakłada, że produkt za 25 zł i ten za 120 zł to to samo. Często powtarzam – nie patrz na wielkość tabletki czy opakowanie. Patrz na formę chemiczną związku. Jeśli tani suplement dostarcza surowiec, który wydalisz bez wchłonięcia, to w ujęciu kosztu realnie przyswojonej cząsteczki, to właśnie ten najtańszy produkt okazuje się często najdroższy – dodaje Dorota Żaguń.
Warto wrócić jeszcze na moment do czystości i kontroli laboratoryjnej. To dzisiaj staje się już nie dodatkiem, a standardem. Można powiedzieć, że jest to niewidzialny koszt bezpieczeństwa suplementów diety. – Dla mnie dzisiaj tak naprawdę kontrola jakości suplementów i niezależne badania laboratoryjne to już fundament przy doborze jakiegokolwiek suplementu. Przy surowcach pochodzenia morskiego czy ekstraktach roślinnych kumulacja zanieczyszczeń środowiskowych to realny problem toksykologiczny, a nie teoria z podręcznika – kontynuuje Dorota Żaguń.
Gdzie kończy się biochemia, a zaczyna marketing?
Odpowiednia jakość surowca, biodostępność i badania laboratoryjne... Jak zatem najłatwiej w tym wszystkim znaleźć granicę – gdzie kończy się uzasadniony koszt, a zaczyna marketing? – Granica jest prosta. Uzasadniony koszt to aktywna forma chemiczna (np. chelat zamiast tlenku), standaryzowany ekstrakt z określonym wskaźnikiem DER i publicznie dostępny certyfikat z badań partii na metale ciężkie. Za to warto zapłacić. Marketing zaczyna się wtedy, gdy w drogim szkle znajdujemy tani, słabo przyswajalny surowiec i „autorskie mieszanki”, pod którymi ukryto mikroskopijne dawki. Jeśli za wysoką ceną nie idzie twardy raport z akredytowanego laboratorium, nie płacimy za pracę chemików, tylko budżet reklamowy – podkreśla Dorota Żaguń.
Polskie społeczeństwo jest coraz bardziej świadome, że suplement to w końcu produkt spożywczy, który ma realnie wspomagać codzienną dietę (oczywiście nie może jej zastępować). To też wymusza na producentach suplementów tworzenie jakościowych produktów. – To prawda. Jako że analizuję dziesiątki suplementów diety w swojej pracy pod kątem składów czy biodostępności, spotykam się coraz częściej z tzw. markami premium, które zdecydowanie nie rywalizują ceną, a jakością. Dla przykładu mam okazję testować dziesiątki produktów marki Health Labs Care czy NOYO Pharm. Te firmy działają w Polsce już od wielu lat i choć czasami, ze względu na wykonywany zawód, znajdę jakieś minusy (np. dotyczące składników synergicznych), to jednak baza jest w obu przypadkach bardzo solidna. Oczywiście tych marek premium jest więcej i z punktu widzenia konsumenta jest to dobra wiadomość. Monopol nigdy nie przynosi nic korzystnego – uważa Dorota Żaguń.
Pozorna oszczędność. Zdrowotne konsekwencje nieświadomej suplementacji
Nie zmienia to faktu, że jako konsumenci, Polacy muszą wykazać się dużą czujnością i świadomością przy doborze suplementów diety. W tym przypadku zdecydowanie nie warto kierować się wyłącznie portfelem, ponieważ nieodpowiedni dobór produktów może wiązać się z niemal zerową przyswajalnością czy co jeszcze gorsze – konsekwencjami zdrowotnymi (dla przykładu – spożywaniem zjełczałych kwasów omega-3 o wysokim wskaźniku utlenienia TOTOX, kumulacją metali ciężkich z nieprzebadanych alg czy podrażnieniem śluzówki żołądka wywołanymi agresywnymi formami nieorganicznymi).

KOMENTARZE